I nagle jest dziewięć miesięcy później, niż w ostatnim wpisie. Przez ostatni tydzień przespałam jakąś niedorzecznie małą liczbę godzin i przeżyłam niedorzecznie dużą ilość emocji.
Poleciałam w kosmos, ale nie na księżyc, czy Marsa - dużo dalej, przez dziurę czasoprzestrzenną, miliony lat świetlnych, do innej galaktyki. Taka podróż zostawia ślad.
Wróciłam odmieniona, stara i mądra. Zupełnie ta sama, jak zwykle przedzierająca się przez dni po omacku, bez pojęcia, co właściwie robię.
Z kosmosu przywiozłam sobie pamiątkę. Ruszamy dalej razem, na poszukiwanie nowych przygód, ahoj!
Kosmita, syn, człowiek. #jestemczyjąśstarą
Śledź mnie na Instagramie, tam na co dzień dzieją się rzeczy z zakresu życia, refleksji, #ruchamciemiasto. Są feministyczne tyrady i szczere rozkminy o tych wszystkich przemianach, które przechodzę.
Lubię takie dni, jak dzisiaj. Miasto wycisza się, uśpione zamkniętymi
sklepami. Nad pustymi ulicami unosi się mgła. Listopadowy mróz wypuszcza
chmury z ust nielicznych przechodniów. Spokój. Spowolnienie.
Laski mają narąbane w głowach. Kolesie pewnie też, ale to z laskami więcej rozmawiam szczerze o większej liczbie rzeczy i widzę, jak z nich (z nas) wycieka to ciągłe poczucie niedoskonałości, porażki, niezdatności do życia. Widzę, jak wsysamy nosem, paszczą, oczami i uszami nakaz bycia idealnymi. Nawet, jeśli oficjalnie nam to dynda, zarzekamy się, że nie, że chujowa pani domu i nikt nie będzie mi mówił, jak mam wyglądać. Ta presja czai się w tyle głowy, albo zupełnie z przodu i pohukuje złośliwie w różnych momentach te wszystkie "nie jesteś dość dobra!" i "inni robią to lepiej!".
Nie znam żadnej kobiety, o której mogłabym powiedzieć, że jest brzydka. Ale chyba każda kobieta, jaką znam, byłaby w stanie na jednym wdechu przez trzy kwadranse wymieniać wszystko, co jest nie tak - z jej ciałem, z jej życiem, z jej głową.
Całym sercem jestem za odwróceniem tej sytuacji. Za zrobieniem z
niedoskonałości - normalności. Za odkręceniem tej całej machiny presji i
wymagań, którym sprostać mogą tylko wielozadaniowe roboty.
Nie jestem wielozadaniowym robotem. Jestem człowiekiem, a to jest lista moich normalnych niedoskonałości.
Więc za 6 dni kończę 31 lat. Wyrzuciłam wszystkie swoje notatki i kserokopie książek ze studiów. Coraz częściej zatrzymuję się na dłużej przy półkach z kremami przeciwzmarszczkowymi. Mam pracę na pełen etat, do której podchodzę bardzo poważnie. Prowadzę gospodarstwo domowe. Płacę podatki. Wiem jak dostać się do lekarza specjalisty, codziennie biorę leki na choroby przewlekłe. Jeśli jadę autobusem - kasuję bilet. Część comiesięcznej wypłaty odkładam na konto oszczędnościowe. Piję dwa litry wody dziennie. A na dodatek nie mam żadnego problemu z wykonywaniem telefonów do instytucji, urzędów, partnerów biznesowych i klientów w celu udzielania i uzyskiwania informacji, załatwiania spraw różnorakich i rozwiązywania problemów. Czasami nawet rzucam, że na coś jestem za stara (na przykład na miłosne dramy lub cytowanie memów z Kwejka).
Szron na głowie, nie to zdrowie, w sercu ciągle osiemnastka // foto: madam z.
Dorosłość jest do bani. Myślę o tym za każdym razem, kiedy płacę rachunki, planuję zakupy na Dni Wolne Od Pracy, kiedy pomagam rozwiązywać cudze i trochę-moje problemy. Najbardziej myślę o tym, kiedy ferie i wakacje wywalają dzieciaki ze szkół - przypominam sobie to uczucie lekkości, z jakim wracało się z rozdania świadectw. To poczucie, że teraz czeka na mnie już tylko wieczność słonecznych dni, z kilogramami truskawek, fasolki szparagowej i młodych ziemniaków, ze stosami książek do przeczytania, muzyki do posłuchania, miejsc do odwiedzenia.
Wiosna uderzyła we mnie energią słoneczną i wewnętrznym rozedrganiem, bardziej mnie wewnętrznie nosi, niż uziemia. Na szczęście już zaraz pogoda ma się popsuć, zaliczę solidny zjazd, usiądę pod kocem i będę przewijać internet. Tymczasem przedstawiam wartościowe zjawiska, które udało się wyłuskać mimo idiotycznej nadpobudliwości ostatnich tygodni. Serdecznie polecam, są smaczne i dobrze robią głowie.
Kadr o miłości. #ruchamciemiasto // foto: madam z.
Cenicie gołębie? Rzucacie im chrupki, czując się jak Zosia karmiąca ptactwo w "Panu Tadeuszu"? Robicie sobie zdjęcia w otoczeniu tych przeuroczych zwierzątek i w skrytości ducha marzycie o własnym gołębniku?
Ja nie. Mają coś takiego w oczach, co każe mi wierzyć, że są cholernie przebiegłymi sukinsynami i sprzedałyby własną matkę za okruch mojej bagietki.
Wyskakuj z pieczywa // foto: madam z.
Ułożyłam nawet kiedyś serię pełnych nienawiści rymowanek do dziewczyny, karmiącej gołębie chrupkami. Serio.
Mam z tymi ptakami (ekhm) skomplikowaną (ekhm khm) relację (khu). Relacja ta opiera się głównie na moim utajonym lęku, że jakiś gołąb nieproszony wtargnie w moje życie i będę musiała coś z tym zrobić. Wiecie, łatwo jest machnąć nogą, jak stado darmozjadów przypałęta się na przystanku sprawdzając, czy to pety, czy coś do żarcia na ziemi. Gorzej, jak masz dziewiętnaście lat, jesteś tydzień sama w domu, a gołębie odgłosy słychać z pionu (kto mieszkał w bloku, ten wie, co to jest pion, do którego można zajrzeć, wstawić tam miotłę, jak mieszkasz na parterze i inne takie), więc wkręcasz sobie fazę, że jakiś gołąb tam utknął i umrze, i będzie śmierdzieć, więc prosisz kolegę, żeby wpadł i ocenił, czy gołąb mieszka w pionie, ale kolega nie wie, więc idziesz do sąsiadów z czwartego piętra, którzy znają cię od dziecka i mówisz im, że masz taką fazę i że gołąb na bank jest w ponie.
Gołębia nie było w pionie. Chyba siedział na dachu, obok komina.
Ptactwo chodnikowe // foto: madam z.
Prześladują mnie, te grubasy. Chcą wkraść się w moje życie i wzbudzić we mnie emocje inne niż "weź, idź, nic nie dostaniesz". Niedawno spotkałam gołębia, który albo miał przetrącone skrzydło, albo nieźle udawał. I nawet przez chwilę stałam, zastanawiając się, czy gdzieś nie zadzwonić, czy coś. Nie zadzwoniłam, bo byłam głodna i chciałam już do domu. Mam wyrzuty sumienia.
Kiedyś brat przysłał mi SMSa, że jedzie właśnie rowerem, a uratowanego gołębia ma w plecaku, i że go ten gołąb dziobie w plecy. Niewdzięczna świnia (gołąb, nie brat).
W piątek rano nagle poczułam się jak weteran z przebłyskami traumy z pola bitwy. Gołębie odgłosy rozlegały się zupełnie nie zza okna, za to totalnie zza drzwi do mieszkania. Mała podpowiedź dla mieszkańców budynków wielorodzinnych - nie zostawiajcie okien na klatce schodowej otwartych na oścież, choćby nie wiem jak bardzo była wiosna i ojezu, ale super. Nie. Bo ktoś z waszych sąsiadów może wychodząc do pracy natknąć się na parę gołębi, z których jeden ma wyjebane, a drugi jest przerażony i głupi, i zamiast lecieć do otwartego okna piętro wyżej, leci na dół i rozpaczliwie wali głową w szybę. Wielokrotnie. Nie wyciągając wniosków z bolesnych doświadczeń niedalekiej przeszłości. A jak chce się mu pomóc i otworzyć okno, ucieka przerażony jeszcze niżej (ale nie wystarczająco nisko, żeby wylecieć drzwiami, jak rozsądna istota).
Może to kwestia tego, że obejrzałam "Ptaki" Hitchcocka jako młoda panienka, przez co zapadły mi w pamięć głównie negatywne emocje dotyczące takich sytuacji, ale bliskie spotkania twarzy z ptasim skrzydłem nie znajdują się wysoko na mojej liście rzeczy, których chcę doświadczyć przed trzydziestką. W związku z czym wykazałam się typowo polską postawą obywatelską i zbiegłam z miejsca zdarzenia, udając, że nic nie zauważyłam. Zaczynam obserwację, czy sąsiedzi będą równie zaangażowani - któryś z gołębi napaskudził (hihi, żarcik dla Ani i Roberta) na schody i idę o zakład, że nikt, a już na pewno osoba, która zostawiła otwarte okno, nie posprząta.
I na koniec - pyszny film o tym, że nie tylko we mnie gołębie i ich fani budzą niepokój. Serdecznie polecam, jeśli nie znacie, bo to dobra rzecz przezacnych twórców.