Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wlepki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wlepki. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2016

#ruchamciemiasto - Berlin w trybie szwendacza

Ostatni raz, jak byłam w Berlinie, nie posiadałam nawet telefonu komórkowego, a cyfrowe aparaty fotograficzne stanowiły dobro luksusowe. Owszem, były takie czasy. Ostatni raz, kiedy byłam w Berlinie, przelewałam Breezera Bacardi do butelek po Fancie i w ten sprytny sposób spożywałam alkohol w towarzystwie Pełnoletnich Opiekunów. Gdyby ktoś - kiedy ostatni raz byłam w Berlinie - powiedział mi, że przez prawie dekadę (!) będę robić zdjęcia ścianom, jak jakiś psychopata i publikować je w internecie, postukałabym się w głowę.
Tak, Berlin leży dwie godziny pociągiem od miasta, w którym mieszkam, o co dokładnie ci chodzi?

Berlin // foto: madam z.

sobota, 23 lutego 2013

StreetArt Paris

Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią z Facebooka, wrzucam dziś porcję streetartu z Paryża. Wszystkie zdjęcia pochodzą z obszernych zbiorów Patrycji, która (w końcu!) odpala właśnie swój projekt: http://paristreetart.blogspot.fr/.

Poniżej zapowiedź klimatów, jakich można się spodziewać:










Mój faworyt w kategorii "idealna kompozycja":

Mój faworyt w kategorii "aaaaaww":

sobota, 24 września 2011

obrazki bohomazki

jeśli frapuje Was fraza z tytułu, to zagrajcie w Jacka Orlando w polskiej wersji językowej i klikajcie każdy obiekt, który się da, jak podupceni.
a teraz coś z zupełnie innej beczki: ściany.
Glamrury pod Trasą Zamkową. Czy to ma jakiś związek ze Smoleńskiem?
nie do końca ogarniam fenomen, podobno zaczęło się od tego, by następnie wejść do słownika. stare jak "ale urwał", ale na Powstańców Wielkopolskich, koło szpitala, za basenem przeciwpożarowym.
Michael i Heino na Niebuszewie.
stworasek na Mazowieckiej.
i sroga wlekpa na śmietniku na Bohaterów Warszawy w ramach bonusu.

niedziela, 2 stycznia 2011

polityka

Zanim wszyscy zapomnimy o smutnym epizodzie życia społecznego, jakim były wybory samorządowe, należy opublikować dotyczące ich materiały. Mało ich, ale szkoda, żeby się miały zmarnować.
wrzuty tej treści pojawiły się na Prawobrzeżu jakoś równolegle z kampanią wyborczą i właściwie nie wiem, czy się śmieję, czy mnie wkurwiają. zdecydowanie wolę wąsatych kandydatów:


wtorek, 23 listopada 2010

Wspomnienie lata

korzystając z tego, że już się zmobilizowałam do zalogowania, oraz na fali gróźb odnośnie nadchodzących śniegów, pozwolę sobie jeszcze dorzucić melancholijne wspomnienie ostatnich podrygów lata, kiedy to światło dzienne było dobrem ogólnodostępnym, także dla ludzi pracy. jednego z tych dni poszłam ci ja pod Trasę Zamkową, gdyż każde dziecko wie, że tam kryją się smakołyki.
na pierwszy ogień, inwazja srogich robotów (z chęcią doedytuję ksywę autora!)
szop pozostawił autograf. pamiętajcie, prostota jest dobra.
to chore gówno to dzieło Glamrur. moim zdaniem, zaszła pomyłka. poprawna wersja pytania to: "którędy nad morze?" (szczeciński żart stary jak nie wiem co, ale adekwatny, no)
ok, wiem, że idea jest bardzo słuszna, ale mam ten problem, że widząc ten tekst, widzę Stasia z Blixy i Żorżety. może to kwestia braku znaków przestankowych.
aj tu law ju wafelek najlepiej w czekoladzie.
to. to jest tak wspaniały przykład dyskusji publicznej, że mogłabym płakać z radości. naprawdę, aż mi zapiera dech, kiedy widzę tę bezduszną ciętą ripostę pod szablonem. możliwe, że jestem strasznie złym człowiekiem. tak czy inaczej, wszystkie podchody z domalowywaniem szubienic i podmienianiem wyrazów w zdaniach to pestka, przy tym oto zestawieniu poglądów.
na koniec zostawiłam sobie zdjęcie z serii "ocalić od zapomnienia". wspaniałej meliny, jaką był Taras, już- niestety!- nie ma, ale ostał się jeszcze "szyld". zachowajcie go w swoich serduszkach, zanim ktoś wyburzy ścianę, albo nie daj buk odnowi elewację.

środa, 12 maja 2010

señoras y señores! ruchamy Alicante

sponsorem dzisiejszej notki jest Penison Mateos w Alicante, o którym ciężko znaleźć coś w necie, ale który polecam na tani weekendowy nocleg bez wygód w hiszpańskim kurorcie. wydarłszy się z okowów fabryki przypału, madam z. wybyła bowiem na trzydniowy urlaub w kierunku południowo- zachodnim, a zamiast win, serów i owoców morza przywiozła porcję mniej lub bardziej uroczych fotografii naściennych.
[uwaga na marginesie- obniżona aktywność w dziedzinie publikowania na rcmm, nie oznacza obniżonej aktywności percepcyjnej. więcej patrzę na ściany, niż na cokolwiek innego]
a teraz już, senoras y senores, ruchamy Alicante:
wlepken jak to wlepken. motywu rowerowego nie zauważyłam, fotografując,a le widać nie mam szans się od niego uwolnić w najbliższym czasie.
fajny w Alicante jest kompletny brak kontroli i planowania urbanistycznego. rozpiżdżone budynki obok nowych apartamentowców, obok zabytkowych kamieniczek. i życie naścienne raczej nieograniczone.
yeah!
motyw rowerowy 2. nie streetartowy, ale pokażę Państwu tak czy inaczej. na żalucji zasłaniającej wejście motyw powtórzony był w milionowym powiększeniu :)
lekko przesłodzony, ale ładny obrazek, dziewczątko z gitarą, na "wyspie" budzi miłe skojarzenia z tym teledyskiem
klasyczny statement murowy: Zapatero Terrorista
no więc google translator (który umożliwił mi załatwienie noclegu dla 13 osób po rabatowej cenie w trybie korespondencji: ja po angielsku, Jose po hiszpańsku) twierdzi, że nic, tylko red fucking. domyślam się jednak, że chodziło o czerwone kurwy, i to nie panie lekkich obyczajów spieczone na raka.
było tak: Horacy zgubił resztę grupy, od której my odłączyliśmy się wcześniej, i bardzo się ucieszył, kiedy spotkał mnie z mężem. główną kwestią schodzenia z zabójczego zamkowego wzgórza było "chcecie wina?" i częstowanie tabaką. no i lizanie cycka turystki. twierdzi, że nic nie pamięta.
międzynarodowy zabójca na ulicy, która wyglądała faktycznie dość punkowo, a którą Horacy okrzyknął dzielnicą squatów. nie obyło się bez informowania nas o prawie dot. hodowli marihuany w Hiszpanii i wskazywaniu, że na każdym balkonie stoją po trzy krzaki. osobiście nie odnotowałam.
podobno są ludzie, którzy nie potrafią z układów nasprejowanych linii wyodrębnić obrazków. srogo.
nie do końca ogarniam, czy przekaz jest pozytywny (wesołe kolory), czy negatywny (pseudomatrioszkaśmierć, że niby jedynie do niej w życiu dążymy), ale byłam na etapie pstrykania każdej minimalnie interesującej aktywności wandalizacyjnej. dla spostrzegawczych: gdzie jest Wallyracy.
Alan Moore for president i błąd językowy. w sensie, skaszanienie tak klasycznego cytatu jest przeurocze, wyczuwam wiele młodzieńczego zapału.
Bender!
no dobra, smutny clown nie jest przejawem tego, co zazwyczaj jest ruchane na blogasku, ale come on! to smutny clown!
skonfundowane ptaszysko
osobliwe wyznanie miłosne. jak się nad tym zastanowić, wszyscy powinniśmy kochać Noego- uratował ludzkość przed zatopieniem, jak by nie patrzeć.
łysonie. węszyłam adres www do jakiejś fajnej galerii, ale to ślepy strzał, chyba że mi w oczach miga i coś źle odczytuję.
smoczysko ciągnęło się ładnych kilka metrów.
ta ciota Spawn otagowała Alicante!
wkurwione pingwiny nieodmiennie przypominają mi o Lobo i upadłym zinie Tfur. za tym drugim bardzo tęsknię.
o poranku utożsamiam się z tym wyrazem twarzy.

za-je-bi-sty szablon.
coś przedwiecznego w ruinach fortu. w całej tej okolicy byłoby fajniej, gdyby nie biegający po niej łysiejący trzydziestolat, fotografujący wszystko co popadnie bez patrzenia, który słysząc moją rozmowę z mężem z ulgą i radością zawołał "jak miło słyszeć!!!". nie wiem, może się zgubił i od dziesięcioleci krążył po mrocznych zakątkach Alicante nie mając kontaktu z Polakami.
i na sam koniec zwiedzania Alicante z madam z. bardzo ważna informacja:
ZAPAMIĘTAJCIE TO SOBIE!