Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2013

And I think to myself... Mizeria to jest coś!

Włóczysz się po mieście, bo masz wolne przedpołudnie. Deszcz nie pada. Widzisz szablon na ścianie. Podchodzisz zrobić zdjęcie, bo inaczej już się nie da. Na szablonie Louis Armstrong. Obok szablonu komiksowy dymek.
I już wiesz, o czym myślą ludzie o pięknych głosach.

Szczecin, Sikorskiego - rondo przy Turzynie (zdjęcie moje)

UZPEŁNIENIE
W komentarzach na Facebooku Marcin zwany Pasterzem dostarczył kontekst do powyższego zdjęcia: "szablon i dopisek to gdzieś 94-95 rok. fp = felicite pueros, zespół taki co przemek głowa był wokalistą, a mizeria to pankowy dziewczyński zespół". Zawsze trochę mi szkoda odzierania abstrakcji z abstrakcji, ale informacje od Marcina są cenne z punktu widzenia historii miasta.

środa, 7 listopada 2012

Dzieje się wiele - odcinek gościnny

Zdjęcie podesłał Czarny, który gościł na rcmm już nie raz.
Tym razem spłynęła nań łaska kaszubska, owocując bogatą w doznania ścianą w miejscowości Charzykowy.
Kliknijcie na zdjęcie, żeby je powiększyć i doznać pełni błogosławieństwa, od Ligi Obrony Kraju Klubu Płetwonurków "Wodnik", przez grzybki, sceptyczne spojrzenia i komentarze ("trochę to wam słabo wyszło"), manifesty anarchistyczne i wyznania seksualne.

Tu Charzykowy nieco się uspokajają, ale nie dają o sobie łatwo zapomnieć (mnie prześladuje ten rysunek, co to jest? Żołnierz? Robocop?)
Popek mówi Waka Waka.
Edycja: na kilku frontach wytknięto mi, że to nie Robocop, tylko Kapitan Bomba. Przyznaję, kompletnie nie skojarzyłam.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Muzyka

Z okazji poniedziałku, który jest jak niedziela (tylko jeszcze bardziej):
(Szczecin, filary Trasy Zamkowej).
Dzisiaj za to, jak w Szczecinie na Pobożnego, będzie kilka gram muzyki:
Dawno, dawno temu, kiedy wszystko było lepsze, muzyka była tym, czym teraz są kluby piłkarskie (to nie do końca prawda, ale dla dobra dyskusji umówmy się, że jednak owszem). Rysował o tym Michał Śledziński w osiedloswobodnej "Balladzie o Bystrym", ilustrując wojnę między fanami metalu i Depeche Mode (mój ulubiony kadr z komiksu tutaj). Ja osobiście na tę konkretną wojnę się nie załapałam, ale jak na ślady po kulach w murach budynków, natrafiam na ślady po niej. Jeśli miałabym szacować układ sił wnioskując jedynie ze ścian, uznałabym, że silniejszą stroną konfliktu byli metale, bo takich wrzutów jak na Św. Józefa:
jest na mieście sporo (np na rogu Wojska Polskiego i Królowej Korony, w ogródku Trzech Koron), w przeciwieństwie do informacji, jakoby syfem był metal.
Na Św. Józefa mieszkał też Metalowy Król (ponownie- dla dobra dyskusji przyjmijmy, że jest tak, jak piszę, a nie, że metal jest królem muzyki).
(Nota sentymentalna: absolutnie rozczula mnie fakt, że powyższe "ślady po wojnie" to jest robota pędzlem, a nie sprayem).

Ogólnie chodzi o to, że depesze z metalami się nienawidzili i była z tego powodu sieka, więc jeśli ktoś kiedyś będzie was próbował skosić argumentem, że muzyka łagodzi obyczaje, odpowiedzcie mu zdecydowanym:
(Szczecin, Pobożnego- ponownie)

środa, 21 marca 2012

z archiwum maila cz.II "krew w żyłach mrożące fallusy"

Wszystkie dzisiejsze zdjęcia pochodzą z licznych wojaży inżyniera Fallusa.

pradawne murale erotyczne w Puszczy Bukowej, c.a. 2006 r.n.e.

parkour! i zrypana ortografia przy schodach Zaciszna/Skargi w Szczecinie

Nowogard, dla odmiany, z ortografią angielską nie ma kłopotów, w dodatku projektuje własne imponujące streetartowe czcionki.

Nowogard nie lubi jednakże Tedego. Albo bardzo, bardzo lubi. Nie jestem pewna. A poniższe zdjęcie jest taką wisienką na torcie- wychowałam się na takich ścianach, na nirvanowej mordce, na anarchiach i szubieniczkach. Wzrusza mnie to, że te wyglądają na w miarę świeże. Nie wiem, może to urok mniejszych miast, gdzie czas wolniej płynie, więc wolniej też zachodzą zmiany, a może jednak pewne zachowania i fascynacje są obowiązkowe i ponadczasowe (aha, akurat, to co było nimi przed nimi?). Tak czy inaczej, Nowogard po raz trzeci:

sobota, 24 września 2011

obrazki bohomazki

jeśli frapuje Was fraza z tytułu, to zagrajcie w Jacka Orlando w polskiej wersji językowej i klikajcie każdy obiekt, który się da, jak podupceni.
a teraz coś z zupełnie innej beczki: ściany.
Glamrury pod Trasą Zamkową. Czy to ma jakiś związek ze Smoleńskiem?
nie do końca ogarniam fenomen, podobno zaczęło się od tego, by następnie wejść do słownika. stare jak "ale urwał", ale na Powstańców Wielkopolskich, koło szpitala, za basenem przeciwpożarowym.
Michael i Heino na Niebuszewie.
stworasek na Mazowieckiej.
i sroga wlekpa na śmietniku na Bohaterów Warszawy w ramach bonusu.

piątek, 11 marca 2011

jak rzekł poeta...

...muzyka jest wszędzie, nawet tam, gdzie myślisz, że jej nie ma- a ona właśnie tam jest. czyli:
(bunkry nad Szmaragdowym, Szczecin Podjuchy)

give me the PUNK! (Słoneczne, okolice PZU i Urzędu miasta, Szczecin; bonus: szubieniczka <3)

give me the ROCK! (no, niby też punk... lokalizacja j.w.; bonus: obelżywy napis o Lechii. poważnie, CZYM został wykonany???)

rapu nie ma, bo się raczej nie wymieniało z imienia, tylko zawsze pisało "RAP" i basta (interesujący fakt dla małolatów: istniał polski zespół reggae o nazwie R.A.P., gdzie A występowało w kółeczku, a nazwa była skrótem od Reggae Against Politics; nagrali wzruszający utwór pod tytułem "My Woman"- bardzo lubiłam ich słuchać jeżdżąc na informatykę w liceum na 7:10, gdy jeszcze byłam smutną nastolatką, a wspominam, bo często, jeśli nie zazwyczaj, kultowy napis naścienny "rap" występował w formie stosowanej w nazwie tegoż właśnie zespołu).

czwartek, 21 października 2010

kwartał 21 zabytki i nowostki

Kwartał 21 w Szczecinie jest wytyczony ulicami Obrońców Stalingradu, Śląską, Jagiellońską i Bogusława. Wejście do krainy cudów prowadzi przez boisko podstawówki na Obrońców Stalingradu. Zawsze sobie powtarzam, że jak będę miała więcej czasu, to będę włazić we wszystkie takie miejsca w mieście, a jest ich masa. Do zajrzenia w to konkretne zmusiła mnie sensacja lokalnych mediów, którą linkowałam notkę niżej. Zanim Galeria Misietupodoba wzięła stan ścian w swoje ręce, kamienice oferowały typowy ruchamciemiastowy content:
autografy lokalnych wodzów,
pochodzące od wodzów instrukcje, co należy robić z kim (a propos treści instrukcji- supertiszert,
i noty historyczne (w 1998 roku Westbam odwiedził Szczecin po raz pierwszy. druga połowa lat '90 była w mieście złotą erą techno, na dresiarzy mówiło się "maki", bo podobno przesiadywali w barach Mak Kwak, a buty na piankowych koturnach królowały na ulicach przez wiele długich i zabawnych lat).
Galeria, działająca na deptaku Bogusława, wzbogaciła krajobraz o kawał dobrej sztuki. Jako osoba dwuleworęczna w kwestiach twórczości plastycznej nie mam słów, by wyrazić swój bezdenny szacunek dla autorów.



Niestety, jestem kompletną ignorantką sfery prawdziwego streetartu. Pewnie powinnam znać autora, bo wiele wskazuje na to, że to nie jedyne jego (jej?) prace w mieście, ale nie znam. Chętnie oddam sprawiedliwość i zedytuję notkę, jeśli ktoś będzie tak dobry i mnie oświeci.
EDIT: Au-tor! Au-tor! Niejaki Krik

szkic (+"jebać krystian". liek- fuck the christians?)

Glamrury
Sepe, Sainer, Lump i Chazme.
Dziadowską jakość zdjęć sponsorował Corby.

PS: Dziękuję serwisowi vlepvnet.bzzz.net, za krótkiego arta o blogasku. Licznik oszalał.

środa, 12 maja 2010

señoras y señores! ruchamy Alicante

sponsorem dzisiejszej notki jest Penison Mateos w Alicante, o którym ciężko znaleźć coś w necie, ale który polecam na tani weekendowy nocleg bez wygód w hiszpańskim kurorcie. wydarłszy się z okowów fabryki przypału, madam z. wybyła bowiem na trzydniowy urlaub w kierunku południowo- zachodnim, a zamiast win, serów i owoców morza przywiozła porcję mniej lub bardziej uroczych fotografii naściennych.
[uwaga na marginesie- obniżona aktywność w dziedzinie publikowania na rcmm, nie oznacza obniżonej aktywności percepcyjnej. więcej patrzę na ściany, niż na cokolwiek innego]
a teraz już, senoras y senores, ruchamy Alicante:
wlepken jak to wlepken. motywu rowerowego nie zauważyłam, fotografując,a le widać nie mam szans się od niego uwolnić w najbliższym czasie.
fajny w Alicante jest kompletny brak kontroli i planowania urbanistycznego. rozpiżdżone budynki obok nowych apartamentowców, obok zabytkowych kamieniczek. i życie naścienne raczej nieograniczone.
yeah!
motyw rowerowy 2. nie streetartowy, ale pokażę Państwu tak czy inaczej. na żalucji zasłaniającej wejście motyw powtórzony był w milionowym powiększeniu :)
lekko przesłodzony, ale ładny obrazek, dziewczątko z gitarą, na "wyspie" budzi miłe skojarzenia z tym teledyskiem
klasyczny statement murowy: Zapatero Terrorista
no więc google translator (który umożliwił mi załatwienie noclegu dla 13 osób po rabatowej cenie w trybie korespondencji: ja po angielsku, Jose po hiszpańsku) twierdzi, że nic, tylko red fucking. domyślam się jednak, że chodziło o czerwone kurwy, i to nie panie lekkich obyczajów spieczone na raka.
było tak: Horacy zgubił resztę grupy, od której my odłączyliśmy się wcześniej, i bardzo się ucieszył, kiedy spotkał mnie z mężem. główną kwestią schodzenia z zabójczego zamkowego wzgórza było "chcecie wina?" i częstowanie tabaką. no i lizanie cycka turystki. twierdzi, że nic nie pamięta.
międzynarodowy zabójca na ulicy, która wyglądała faktycznie dość punkowo, a którą Horacy okrzyknął dzielnicą squatów. nie obyło się bez informowania nas o prawie dot. hodowli marihuany w Hiszpanii i wskazywaniu, że na każdym balkonie stoją po trzy krzaki. osobiście nie odnotowałam.
podobno są ludzie, którzy nie potrafią z układów nasprejowanych linii wyodrębnić obrazków. srogo.
nie do końca ogarniam, czy przekaz jest pozytywny (wesołe kolory), czy negatywny (pseudomatrioszkaśmierć, że niby jedynie do niej w życiu dążymy), ale byłam na etapie pstrykania każdej minimalnie interesującej aktywności wandalizacyjnej. dla spostrzegawczych: gdzie jest Wallyracy.
Alan Moore for president i błąd językowy. w sensie, skaszanienie tak klasycznego cytatu jest przeurocze, wyczuwam wiele młodzieńczego zapału.
Bender!
no dobra, smutny clown nie jest przejawem tego, co zazwyczaj jest ruchane na blogasku, ale come on! to smutny clown!
skonfundowane ptaszysko
osobliwe wyznanie miłosne. jak się nad tym zastanowić, wszyscy powinniśmy kochać Noego- uratował ludzkość przed zatopieniem, jak by nie patrzeć.
łysonie. węszyłam adres www do jakiejś fajnej galerii, ale to ślepy strzał, chyba że mi w oczach miga i coś źle odczytuję.
smoczysko ciągnęło się ładnych kilka metrów.
ta ciota Spawn otagowała Alicante!
wkurwione pingwiny nieodmiennie przypominają mi o Lobo i upadłym zinie Tfur. za tym drugim bardzo tęsknię.
o poranku utożsamiam się z tym wyrazem twarzy.

za-je-bi-sty szablon.
coś przedwiecznego w ruinach fortu. w całej tej okolicy byłoby fajniej, gdyby nie biegający po niej łysiejący trzydziestolat, fotografujący wszystko co popadnie bez patrzenia, który słysząc moją rozmowę z mężem z ulgą i radością zawołał "jak miło słyszeć!!!". nie wiem, może się zgubił i od dziesięcioleci krążył po mrocznych zakątkach Alicante nie mając kontaktu z Polakami.
i na sam koniec zwiedzania Alicante z madam z. bardzo ważna informacja:
ZAPAMIĘTAJCIE TO SOBIE!